velia blog

Twój nowy blog

Przychodzę skruszona, pełna dobrych chęci, a tu blog.pl wcale mnie nie wita z otwartymi ramionami :( Otagować się nie mogę, dodać do katalogu też nie,  to chyba za karę.  Pewnie tylko  ‚skasuj bloga’ działa ;P? 
Tak łatwo się nie poddam. Oswoję nowe zasady obsługi panelu admina, bo trochę się zmieniły przez te 7 lat i wtedy zdecyduję o losie bloga.

Mróz i śnieg za oknem. Odkurzyłam letnie zdjęcia i wspomnienia. Zapiski z podróży przypomniały mi ciepłe, słoneczne Mazury. Jeśli macie ochotę je przeczytać- zapraszam : tu link. Może też, kiedyś, chodziliście tymi samymi ścieżkami?
pozdrawiam – oczekująca na wiosnę :

Misia

9 komentarzy

Misia ma kłopot. Duży? Ba, ogromny. Musi coś powiedzieć Pieseczkowi, ale zupełnie nie wie jak. To naprawdę nie jej wina. Stało się.
A było to tak:

Spotkały się, z tą z góry, u fryzjera i bite dwie godziny Misia słuchała, jaki to mąż sąsiadki jest wspaniały. Wystarczyło, że stwierdziła, że czas zrobić w domu remont, a on nie dość, że przyklasnął, to sprowadził plastyka, który piękny projekt zrobił i na dodatek zorganizował najlepszą ekipę. Dlatego właśnie uprzedza Misię, że wkrótce odgłosy remontu mogą jej czasami przeszkadzać. Czeka tylko, kiedy ekipa będzie już wolna. Koszty? No, nie wie – przecież wszystko mąż…
Wróciła Misia do domu i oglądając w starym, łazienkowym lustrze swoje odbicie, nie tylko nie poczuła zadowolenia z nowej fryzury, ale poczuła ukłucie zazdrości.
- Pieseczku??? – zagadnęła skaczącego po kanałach męża – nasza łazienka wymaga natychmiastowego kapitalnego remontu. Nie tylko łazienka. Całe mieszkanie. Ci nad nami będą remontować, stukać, pukać. Dobra pora zrobić i u nas porządek.
- No przecież jest porządek- mruknął Pieseczek, pochłonięty akurat jakimś motoryzacyjnym programem, do którego zaprowadził go pilot.
- No tak! Wiedziałam!- burknęła pełnym rozgoryczenia głosem, Misia. Inni mężowie to wszystko zorganizują. A ciebie albo nie ma, bo na jakieś służbowe wyjazdy cię wysyłają, albo zmęczony i tylko ten telewizor cię cieszy. Wszystko, wszystko na mojej głowie…

Odłożył pilota i nie sięgnął po gazetę. Jest dobrze.

- Przesadzasz kochanie. Ty wiesz, ile taki remont kosztuje?? Zresztą, jak może być remont, jak za trzy dni wyjeżdżam na dwa tygodnie? Wrócę, to pomyślimy. Chyba, że chcesz rzeczywiście wszystko sama załatwiać, ale uprzedzam: oszczędnie! – OSZCZĘDNIE!! ! – powtórzył z naciskiem i dodał: – obiecuję, że się tym zajmę. Później .
– Już dobrze Misiaczku? – dodał pojednawczo, licząc w duchu, że za 2 tygodnie co innego będzie ją absorbowało i może uda się wyłgać z tego remontu, tylko nowym lustrem? No ostatecznie, dodatkowo dywanikami w łazience? Mógłby wreszcie kupić lepsze auto. Byłoby przynajmniej na pierwszą wpłatę.

Pokręciła główką i zgrabnie wyswobodziła z objęć. Chyba nie pójdzie tak łatwo – pomyślał.

Wyjechał. Nazajutrz obudził Misię natarczywy dzwonek. Uchyliła drzwi i nieprzyjaźnie zlustrowała trzech jegomości w kombinezonach.
- Witamy szefową- odezwał się jeden z nich. Niespodzianka. Za trzy godziny wchodzimy na robotę. Na razie zostawimy narzędzia. Potem przyjdzie reszta ekipy. Niech pani korzysta z łazienki, póki można… Aha, tu jest projekt. Mąż zatwierdził.
- A to dopiero! No, w życiu mnie tak Pieseczek nie zaskoczył. Kochany. Mógł jednak szepnąć, choć słówko. Racja. Niespodzianka. A projekt świetny! No dobrze, to bawimy się w niespodzianki. Ty nic, to i ja nie dam znać, że remont już trwa.
Następne dni więcej czasu spędzała u koleżanek niż w domu. Raz, że łazienka rozgrzebana kompletnie, dwa, że w pokojach trwało burzenie, wiercenie, składanie i malowanie, a po trzecie i najważniejsze musiała, musiała komuś opowiedzieć, jak sprawnie postępują prace i jak każdego dnia nie może się nadziwić, że nie tylko łazienka, ale i całe mieszkanie zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Równe 10 dni i było po wszystkim. Nowe kafelki i wanna z hydromasażem. Pokoje, po zabiegach z płytami z karton- gipsu i farbą zmieniły się nie do poznania. Plastyczka dokonała reszty. Misia nie posiadała się ze szczęścia. Pięknie, przestronnie, elegancko. Wspaniale.

Ostatnie muśnięcia pielęgnacyjne i oczekiwanie na końcową wizytę majstra. Przyszedł. Wyciągnął gruby kajet, a z niego płachtę faktury. Zawirowały w misinych oczach cyferki.
- Strasznie, strasznie drogo – jęknęła. Ale mąż zatwierdził zakres prac i kosztorys?- upewniała się, zaniepokojona..
Majster spojrzał na nią pobłażliwie.
- A jak pani szanowna sądzi? Oczywiście. Inaczej nie ruszylibyśmy nawet palcem. Przecież już miesiąc temu wpłacił zaliczkę, a od kwartału czekał na wolny termin.
- Od kwartału? – straszne przypuszczenie zakiełkowało w misinej główce. Złapała zamówienie i zerknęła na nagłówek. – O matko!! Panie! To nie moje nazwisko i adres. To mieszkanie jest piętro wyżej- wyszeptała i wychyliła jednym haustem szklankę mineralnej, a drugą podała nienaturalnie pobladłemu majstrowi.
Co teraz będzie? Co będzie? Pieseczek się chyba nie ucieszy z niespodzianki.

„Sprawy nie układają się same. Pomagamy im my, lub przypadek.”- S. Pacek

Trafiło się Klotyldzie. Odziedziczyła po dalekiej krewnej mieszkanie. Spore, dwupokojowe, położone tuż obok miasteczka akademickiego. Sprzedać szkoda, pozostawić nieużywane – marnotrawstwo. Po takiej analizie Klotylda postanowiła mieszkanko wynająć. Studentkom oczywiście.
Zamieszkały w cztery i przez pierwsze miesiące Klotylda cieszyła się jak dziecko, że skutkiem jej bardzo mądrej decyzji,portfel jest zasilany sympatyczną sumką. Pierwszy telefon zaburzający jej ufność w ludzi był taki:
- droga Klociu, wiesz stara jestem, teraz inne czasy, ale czy ci panowie odwiedzający twoje lokatorki, muszą wyrzucać butelki przez okno? – zapytała nieświadoma studenckich zwyczajów sąsiadka z dołu.
Potem lawiną posypały się na stroskaną właścicielkę następne niewygodne pytania:
- czy wieloosobową palarnię i pijalnię piwa należy robić na klatce schodowej?
- czy o drugiej w nocy, koniecznie trzeba na balkonie, naśladować chóralne wycie wilków ?
- czy zabawy są jedynie wtedy szampańskie, gdy uczestniczy w nich dwadzieścia podchmielonych osób, skaczących jak kangury w rytm hip-hopu?
Nie znała biedna Klocia odpowiedzi na większość pytań, więc delikatnie postanowiła zapytać lokatorki. Rezolutne dziewczyny były akurat w trójkę.
- Wie pani, my już też mamy serdecznie dość takiego układu – oznajmiły. To wszystko za sprawą chłopaka Czwartej. On bardzo rozrywkowy i towarzyski. Zaprasza prawie codziennie kolegów, żeby, jak mówi, odstresować się.
- A nie możecie tego załatwić same? – zapytała Klotylda z nadzieją.
- No właśnie, jest problem. Nikt mu się nie postawi, nawet jego dziewczyna. Wystarczy spojrzeć na niego. Pudzian przy nim to mikrus. Do tego nerwowy. Próbowałyśmy delikatnie, ale bez skutku. Jak tak dalej pójdzie, nie zaliczymy sesji. Może pani znajdzie sposób?
Miło, nie ma co. Spędziła z nimi dobrą godzinę zanim ustaliły plan działania. Klotylda przyjedzie jeszcze raz, gdy będą wszystkie. Wprowadzi, ze względu na skargi sąsiadów, ‚całkowity zakaz odwiedzin do odwołania’ i zagrozi natychmiastową wyprowadzką. Powinno poskutkować. Jak zakaz złamią, pozostałe puszczą do Klotyldy esemesa, ona zrobi nalot i wykurzy niechcianych.
Część pierwsza planu przebiegła bez zastrzeżeń. Zakaz odwiedzin przyjęto do wiadomości i poparto obietnicą, że sąsiedzi nie będą mieli powodów do skarg. Niestety, po tygodniu przyszedł alarmujący esemes: ” siedzi od 4 godzin, czeka na kumpli i woła o piwo, bo mu nudno, a my jutro mamy kolosa. HELP.”
Nie uszczęśliwił Klotyldy ten esemes. Nie uszczęśliwił. Prawdę rzekłszy, przerażała ją wizja starcia z Pudzianem, ale skoro ‚help’…Trudno. Uzbrojona w groźną minę wkroczyła do akcji.
Mniejszy pokój ciemny i zamknięty. Głupio tak wpakować się tam, prosto od wejścia. Trzeba znaleźć jakiś pretekst.
- A oknami to wam nie wieje?- zapytała. Nie, nie – natychmiast orzekła Czwarta, stawiając przed Klotyldą herbatę.
- A miałyście przestawić meble, mogę zobaczyć?- nie ustąpiła i nacisnąwszy klamkę wkroczyła do mniejszego pokoju.
Wkroczyła i zdębiała. Pusto. Rozejrzała się uważnie. Nic. ‚Pudziana’ ani śladu, a Czwarta popatruje na nią kpiąco.
- Ładnie – oceniła przemeblowanie. To może tutaj dopiję herbatę?
Czwarta jakoś zmarkotniała.
Klotylda rozsiadła się na narożniku i zapraszającym gestem wskazała trzem miejsca obok i już, już miała sięgnąć po szklankę, gdy poczuła, jak nogi unoszą się jej nad podłogę, a kanapa staje dęba. Zerwała się jak oparzona, Druga z Trzecią fiknęły kozła a Pierwsza i Czwarta zastygły niczym żona Lota.
Z wnętrza narożnika gramolił się Bezszyjny. Wielki, czerwony, upocony i dyszący niczym ryba wyciągnięta z wody.
Spodek spod herbaty był mniejszy od oczu Klotyldy.
- Cccco pan tam robił? – wykrztusiła, łapiąc oddech.
- Jjjja przyszedłem po książkę….- pisnął i tylko łomot na schodach upewnił Klotyldę, że intruz w niebywałym pośpiechu opuścił mało gościnne progi.
Trzy ryknęły śmiechem, a Czwarta orzekła: – ja go nie znam.
Klotylda dostała czkawki.
„Nie można się wściekać na kogoś, kto nas rozśmieszy.”- Jay Leno

swietavel2.jpg

Moi Drodzy:)
Przyjmijcie ode mnie najcieplejsze bożonarodzeniowe życzenia. W ten szczególny czas niech nikt nie zazna smutku ani samotności. Niech Wam dopisuje zdrowie, a los nie szczędzi swoich uśmiechów. I nie tylko w Święta ! :)

Żeby porządkom przedświątecznym stało się zadość, postanowiłam zrobić ostrą selekcję w swoich torebkach. Bezpowrotnie pożegnać się z egzemplarzami pawlaczowymi.
Siedzę teraz jak jajko na miękko i trzymam, wyciągniety z czeluści zapomnianej torebki, karteluszek sprzed lat. Przypomniał mi zwyczaj córki, podrzucania mi ukradkiem liścików, gdy wychodziłam do pracy.
Żaden esemes nie przetrwałby tyle czasu…

list.jpg

Odsłona 3

Kolejny dzień rozpoczął się w miarę optymistycznie. Noc wyciszyła moje mordercze zapędy i przywołała pozytywne myślenie. Piękną jesień za oknem mogłam w końcu podziwiać przez nowiuteńkie okna. To zdecydowany plus.
Mniej ważne stało się, że okno, na którym najbardziej mi zależało jest bez parapetu. Parapet będzie. Okno jest. Białe, dwuskrzydłowe, z szybami, których umycie to jedno mgnienie. W ciepłe dni uchylę sobie oba skrzydła, czego nigdy nie mogłam zrobić w starym oknie, bo uniemożliwiała to stojąca pod nim kanapa. De facto, to ten brak uchyłu obu skrzydeł dyskwalifikował tamto stare. Bo lubię wietrzyć i wciągać w płucka świeże powietrze, kiedy mam nastrój leniwca – kanapowca.

Przeżyję jeszcze te parę dni lawirowania pomiędzy ściśniętymi jak sardynki w puszce gratami. Właściwie, to zmienię tapety. Te obskubane i upaprane zaprawą już nie da się uratować, ale będę mieć inne – też nowiutkie. A właściwie, dlaczego tapety? Jest teraz tyle budowlanych nowinek. Może położyć jakiś ozdobny tynk? Pomalować ściany na różne kolory? Jest tyle możliwości.

No i po co było się tak denerwować? Zaprawa już wyschła, wystarczy ją trochę poprawić, doszlifować i będzie dobrze. Uchyl sobie okno kobieto, naciesz się świeżym powiewem i przestań mięć nos na kwintę…
- Hmm, jakieś dziwne zamki ma to okno. Małe skrzydło uchyliłam bez problemu, ale to większe jakoś nie chce się uchylić. Chyba coś źle kombinuję z tą klamką. Jeszcze raz. Nic z tego. I zdaje się, że nie ma nawiewnika! No, tego mi Społdzielnia nie odpuści! Nie, to niemożliwe, żeby wstawili niewłaściwe okno. Niemożliwe. To ja jestem oferma. Tylko spokojnie….
Muszę zapalić. Spróbuję jeszcze raz. SZLAG!!!

Niemożliwe okazało się realne. Zgodnie z zasadą Murphego, „jeżeli istnieje prawdopodobieństwo, że coś może pójść źle, to na pewno będzie to właśnie to, co spowoduje największe szkody.” Najlepsza ekipa najbardziej renomowanej firmy wstawiła mi NIE TAKIE JAK ZAMAWIAŁAM OKNO!!!

Tak, najpierw klęłam. Choć robię to tak rzadko, że prawie nigdy. Długo i wymyślnie. Tak, przyznaję, potem życzyłam okniarzom siedmiu plag egipskich. No i rozryczałam się jak bóbr, siedząc na podłodze kompletnie załamana.
Tak zastał mnie mąż. Po pierwszej próbie otwarcia okna, trzasnął drzwiami i odjechał z piskiem opon.
Wrócił po godzinie. Podobno okniarz uciekał na jego widok. Bezskutecznie. Podobno miał już wcześniej podbite jedno oko. Podobno przysięgał, że to nie jego wina, bo takie okno mu przysłali. Podobno dopuścił do montażu, bo myślał, że jak już wstawią to nie będzie miało znaczenia, że co innego zamawialiśmy. Podobno jesteśmy bardzo wybrednymi klientami. Podobno prosił, żeby się nie denerwować, bo oczywiście wyrwą niewłaściwe i wstawią takie jak trzeba. Nie ma problemu. Przyszły piątek? Jasne. Przyjdą na 100%.

Dziś jest piątek. TEN piątek. Jadę od tygodnia na melisie popijanej nerwosolem. Mam nerwowy tik i szczękościsk gdy, choćby z telewizora, usłyszę słowo ‚okno’.

Fachowców z właściwym oknem jak nie było, tak nie ma.

end.

Odsłona 2. Jutro.

Rano zerwałam się i pognałam do ‚renomowanej firmy okniarskiej’. Łomotanie w plastikowe drzwi nic nie dało, mimo zapraszającej od 8.00 wywieszki. Zaczaiłam się w kawiarence vis a vis i sącząc espresso obmyślałam scenariusz akcji odwetowej.
Dobrze po 10 tej znajoma postać wśliznęła się do obserwowanego lokalu, trwożliwie rozglądając na boki. Od stolika obok zerwał się przysadzisty jegomość i ruszył z impetem w tym samym, co ja, kierunku. Szybki był. Gdy weszłam za nim do okniarza, stał już nad nim i wymachując rękami wyłuszczał podstawy reklamacji. Dorzuciłam więc tylko swoje, pełne zawodu, pytające spojrzenie.
Poskutkowało, bo Pan lawirując pomiędzy młócącymi powietrze rękami jegomościa, rzucił w moim kierunku:
- A co pani tutaj robi??? Najlepsza ekipa pojechała do pani na montaż, a pani tutaj?
Na sygnale pognałam do domu.

Poziom optymizmu spadł mi gwałtownie, gdy pod drzwiami nie zastałam nikogo. Złapałam za telefon, upychając w zakamarki świadomości cisnące się na usta, najbardziej niecenzuralne zwroty.
- Proszę czekać, proszę czekać, proszę czekać – tyle usłyszałam w odpowiedzi, gdy wnerwiona zapytałam okniarza czy mu życie miłe?

Przyjechali po 15- tej. Dwóch. Flip i Flap. Jeden bez szyi, drugi z uszami. Fachowcy. Od progu poinformowali mnie, że oni nie są od wyjaśniania, tylko od roboty. A robota, wiadomo, wymaga przyjaznej atmosfery. No chyba, że chcę przełożyć termin, to proszę bardzo. Zamknęłam się. Fachowcom narażać się nie można. Ten bez szyi wyrwał stare okna w 10 minut. Drugi zaczął obskubywać tapety.
- Nie mógłby pan ich zostawić?- zaproponowałam
- Obróbki się nie da zrobić- oznajmił. Zresztą nie nowe, nie? Przecież widzę, że z 4 lata mają.
- Tylko dwa – zaoponowałam.
- Teraz inne sie kładzie. Zmieni se pani przy okazji. Mój szwagier mógłby tanio położyć…
Nie podjęłam tematu.
Wtaszczyli nowiutkie okna. Śliczne. Ofoliowane na niebieściuchno. Każde moje milczące pojawienie się, fachowcy kwitowali karcącym spojrzeniem i nerwowym sapnieciem. No dobra, dobra, nie będę przeszkadzać.
Zeszłam tylko do sąsiadów, przepraszając, że wyrwany zewnętrzny parapet narobił rumoru, bo wymsknął się Flapowi z rąk i pikując na dół o mało nie wybił im szyb.
Było ciemno, gdy skończyli.
- Jutro obróbki. No i założy się wewnątrz parapety. Tylko niech ją nie pokusi coś ruszać, a w żadnym wypadku nie otwierać- przykazali.
Kiwnęłam głową. Do północy sprzątałam rozsypany tynk i strzępki tapet, które strząsnęli na parkiet.

Rano przyszedł tylko Flip. Docenił przezornie rozłożone przeze mnie folie. Przegnał z łazienki szykującego się do pracy męża- wody mu trzeba do zaprawy. Golić się najlepiej maszynką elektryczną, a nie paćkać świństwami – dodał patrząc z niesmakiem na piankę na jego twarzy.
Paćkał zaprawą do południa. Gdy przyszło do zakładania parapetów z troską zaczął trzeć trzydniowy zarost.
- Coś im się pochrzaniło w fabryce. Jak nic. Nie te wymiary zrobili. I jeden obtłuczony. Nowa dostawa będzie w przyszłym tygodniu. A musi mieć takie parapety? Dziś, to najwyżej z blachy mogę dociąć.
- Nie chcę z blachy, co innego zamawiałam! – wrzasnęłam
- Musi czekać – odrzekł ze stoickim spokojem, zabrał swoje zabawki i poszedł.

Nawet nie zauważył, że chwyciłam za kuchenny nóż.

cdn.

Odsłona 1.

Poprzednie zimy i jesienne chłody, dzięki wybitnie ziksowanym oknom, dały mi nieźle w kość. Dlatego, już od wiosny, podrzucane pod drzwi ulotki okniarzy, zamiast wędrować do kosza, gromadziłam w oczekiwaniu na spęcznienie portfela, z silnym postanowieniem wymiany wypaczonego badziewia na super- ekstra -lux- nowoczesne plastiki.
W międzyczasie nasłuchałam się zwierzeń znajomych z traumatycznych przeżyć, związanych z rwaniem okiennych futryn, poznałam sposoby leczenia depresji i nerwicy pookiennej, oraz porady prawne w kwestii linii obrony przy zabójstwach w afekcie.
- Biedacy! Mnie się to zdarzyć nie może! Wybiorę najlepszą firmę, wszystko pójdzie jak z płatka -myślałam.
Bo myślenie pozytywne to podstawa.

Do tematu podeszłam metodycznie: najpierw zgłębiłam tajniki profili trzy-cztero i pięciokomorowych, potem obłaskawiałam znaczenie współczynnika k szyb, rodzajów okuć, nawiewników, słowem dołożyłam należytej staranności, żeby w rozmowie z fachowcem rozumieć, o czym mówi. Potem przyszła pora na rekonesans i badania porównawcze cenników oraz studiowanie list referencyjnych. Już nieźle skołowana nadmiarem informacji w końcu sierpnia wybrałam. Okna i firmę. Pan był bardzo komunikatywny, uprzedzająco miły, otwarty na moje fanaberyjne zachcianki w postaci obu uchylnych skrzydeł, nawiewników, moskitier i rolet. Przyjechał, pomierzył i obrzucając niesympatycznym spojrzeniem łóżko w sypialni polecił:
- Tego, nie może tu być przy montażu- musi pani je usunąć, żeby był dobry dostęp. Kiwnęłam głową – trudno – jak trzeba, to gdzieś to wytaszczymy. Może zmieści się na środku największego pokoju? Ostatecznie dzień, dwa, jakoś przebidujemy.

Cena ( promocyjna) nieco mnie speszyła, ale potulnie uiściłam zaliczkę, uspokojona pisemną umową bez dopisków maleńkim drukiem. Świetnie i wspaniale.
Grzecznie czekałam na umówiony termin. Termin nadszedł i przeszedł. Nieśmiało zadzwoniłam z pytaniem: kiedy i dlaczego nie już?? Pan był nadal miły, ale lekko zniesmaczony moim natrętnym, niestosownym pytaniem, bo właśnie miał dzwonić i oznajmić mi, że fabryka zapodziała gdzieś moje zlecenie, w związku, z czym czas oczekiwania się musi wydłużyć. Przemilczałam. Ot, mały zgrzyt. W końcu jesień piękna tego roku i nie będę się małostkowo pieklić o drobne dwa tygodnie poślizgu. No, trzy tygodnie. W końcu zlecenie nietypowe. Miesiąc? To przecież nie wieki! Bez przesady.

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, gdy aksamitnym głosem w słuchawce, super uprzejmy pan oznajmił mi, że jutro nie pracuję, bo montujemy. W odniesieniu do nas, nie ‚montujemy’, tylko ‚przemeblowujemy’. W popłochu załatwiłam urlop. Miałam więcej szczęścia niż mąż. Wieczór spędziliśmy w domu na tasowaniu gratów. Nie mając krzepy Agaty Wróbel myślałam, że zejdę. Reszta rodziny też. Daliśmy radę. Rankiem, mąż poczołgał się do pracy, a ja, masując zakwasy, czekałam.
Do 23-ciej. Bezskutecznie. Miły pan był nieuchwytny. Komórkę miał ‚poza zasięgiem’, a jego stacjonarny witał mnie piskiem faxu.
Wieczór spędziłam na uspokajaniu męża i wlewaniu mu w uszy słów otuchy, z których słowa ‚spokój’ i ‚jutro’ były przewodnie.

cdn.

D + K = WM

12 komentarzy

Trzynastolatka usiadła naprzeciwko mnie i z poważną miną oznajmiła :
- Wiesz ciociu, faceci to świnie….
- Ooo widzę, że masz ochotę na pogawędkę – odłożyłam gazetę z radością, że znalazłam pretekst, by nie patrzeć w gaszcz ponurych doniesień z kraju i ze świata – dlaczego tak myślisz?

- Pamiętasz jak ci opowiadałam o Darku?
Jakże mogłam nie pamiętać! Poprzednim razem wysłuchałam, jak patrzą na siebie na lekcjach i że on patrzy częściej niż ona, i ona to wie , bo stawia sobie kreski na marginesie zeszytu w misie, tyle razy, ilekroć on odwróci się w jej stronę. No i że uśmiecha się do niej, jak mówi cześć, a nie tak jak inni , co tylko wstrząsają głową na powitanie. No i w ogóle jest odjazdowy i inny niż wszyscy, bo nie ma głupich nawijek i zna się na wszystkim. Pamiętałam, a jakże!

- No wiesz, a po wycieczce to nawet przyszedł pod moją klatkę i jak zeszłam, to rozmawialiśmy ‚tak naprawdę”…
- A dlaczego nie zaprosiłaś go do domu? – zadałam chyba bardzo niestosowne pytanie, bo prychnęła – no coś ty? żeby ten kretyn sobie potem używał?
Wydedukowałam z jej miny, że ma na myśli swojego brata, poniekąd całkiem rozgarnietego dwunastolatka, więc choć nie za bardzo zgadzałam się z taką oceną – kiwnęłam głową i wydałam pomruk pełen zrozumienia dla sytuacji.

- Było tak pięknie, byliśmy kiedyś po lekcjach w parku, nawet dał mi galązkę jarzebiny i odprowadził za rękę prawie pod klatkę. A jak póżniej schodziłam ze śmieciami to na bloku napisane było kredą : D+K=WM – Rozumiesz?! WM!!
- WM? Wielka miłość? – upewniłam się, a ona kiwnęła głową spuszczając oczy.
- A potem miałam grypę, ale cały czas tęskniłam. A jak dzisiaj wróciłam do szkoły, to Darek wcale się już nie oglądał, a potem czekał pod szkołą na Kaśkę i razem gdzieś szli… I teraz to myślę : to K na murze to może wcale nie Klaudia tylko Kaśka? – z trudem powstrzymywała łzy. -Myślałam, że mi serce pęknie! – Sama widzisz, faceci to świnie… rozkochają i porzucą. Wyrzucę tą jarzębinę i więcej się do niego nie odezwę!

- Ale, Klaudynko, może…- zaczęłam, ale zerwała sie z krzesła, otarła rękawem oczy i dodała:
- No to już lecę, idę na Shreka z Maćkiem, niech sobie głupi Darek nie myśli….

„Małe tęsknoty, krótkie tęsknoty, znaczące tyle prawie co nic
Nagłe i szybkie serca łopoty, kto by nie znał ich
Małe tęsknoty, ciche marzenie, zwiewne jak obłok, kruche jak dym
Nieodgadnione w nas duszy westchnienia, kto by nie znał ich”- W. Trzciński


  • RSS